Teraz jest 22 lutego 2024, o 09:17 Wyszukiwanie zaawansowane

Uprzejmie informujemy,
że decyzją Zarządu Stowarzyszenia Liga Małżeństwo Małżeństwu
z dniem 1 grudnia 2016 forum pomoc.npr.pl zostaje
Z A M K N I Ę T E
Wszystkie osoby potrzebujące pomocy
zapraszamy na FaceBook'a lub do kontaktu z nami poprzez skrzynkę Porady

stres przedślubny:(

Narzeczeni wszystkich krajów - łączcie się... w związki małżeńskie (forum pomocy)

Moderatorzy: admin, NB

Postprzez juka » 7 lipca 2006, o 16:02

a my już chyba mamy wypisane :"stare dobre małżeństwo"
:lol: :lol: :lol:
....przyznam że to też b. miłe...
juka
Domownik
 
Posty: 679
Dołączył(a): 25 marca 2006, o 11:24

Postprzez micelka » 7 lipca 2006, o 19:28

Z pamiętnika młodej żony ;)

Właśnie zrobiłam pierwszy obiad (w całości sama, od początku do końca) dla mojego męża. Obiad raczej prosty, ale były ładne serwetki, świeczka i mały bilecik z ciepłymi słowami...Ale miał minę! :)

Niestety II faza trwa i trwa... :/ Jutro zrobię dla niego pierwsze ciasto ;)
micelka
Przyjaciel rodziny
 
Posty: 242
Dołączył(a): 9 czerwca 2005, o 12:42

Postprzez juka » 7 lipca 2006, o 19:55

micelka, życzę ci niezakalcowego ciasta i ... obyś pamiętała o ładnych serwetkach i uśmiechu po 20 latach małżeństwa :D !
opłaca się inwestować w drobne gesty (nawet jak trwa 2 faza) :D :D :D
juka
Domownik
 
Posty: 679
Dołączył(a): 25 marca 2006, o 11:24

Postprzez kasik » 7 lipca 2006, o 20:52

micelka napisał(a):Z pamiętnika młodej żony ;)

Właśnie zrobiłam pierwszy obiad (w całości sama, od początku do końca) dla mojego męża. Obiad raczej prosty, ale były ładne serwetki, świeczka i mały bilecik z ciepłymi słowami...Ale miał minę! :)

Niestety II faza trwa i trwa... :/ Jutro zrobię dla niego pierwsze ciasto ;)


zycze, zeby ten zapal dlugo zostal 8)
kasik
 

Postprzez AnnaMaria » 8 lipca 2006, o 19:58

Na mnie rownież mój pierscionek zareczynowy robi wrażenie. Lubię na niego patrzeć, bo wtedy mam przed oczami oświadczyny...ech...a póki co to nadal sie denerwuje...po prostu zawsze boje sie porażki...wiem, że tak nie można ale co zrobic...dwa miesiące, może później będzie lepiej....ps:życzę Ci Micelko, aby szczeście i miłość nigdy się nie skończyły...
AnnaMaria
Przygodny gość
 
Posty: 88
Dołączył(a): 31 maja 2006, o 10:51

Postprzez Amazonka » 9 sierpnia 2006, o 10:55

Micelka, opowiedz potem o podróży poślubnej.
Amazonka
Domownik
 
Posty: 1650
Dołączył(a): 17 lipca 2006, o 09:50
Lokalizacja: Wrocław

Postprzez Owieczka » 9 sierpnia 2006, o 12:41

Nasz ślub za 5 dni. Kocham mojego R., jestem szczęśliwa, że zostanę jego żoną, ale odczuwam ogromny stres związany ze zmianą. Przez to wszystko ogromnie wychudłam i muszę teraz dużo jeść, aby nie zemdleć przed ołtarzem... Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze i że napięcie odpuści w dniu ślubu...
Owieczka
Przygodny gość
 
Posty: 22
Dołączył(a): 26 października 2005, o 19:00
Lokalizacja: Poznań

Postprzez Myszka_Z. » 9 sierpnia 2006, o 17:09

Ja mam zostać żoną 09.09.2006. Nie mogę się już doczekać tego dnia. Nasze obrączki już czekają i czasami na nie spoglądam w wolnej chwili. Wiem, że będą robiły na mnie wrażenie jeszcze bardzo długo tak jak i pierścionek zaręczynowy bez którego czuję się nie w pełni ubrana :) .
Pozdrawiam wszystkie szczęśliwe narzeczone :!:
Myszka_Z.
Przygodny gość
 
Posty: 20
Dołączył(a): 29 lipca 2006, o 09:00
Lokalizacja: Lublin

Postprzez Amazonka » 10 sierpnia 2006, o 13:39

Fajnie jest mieć wszystko przygotowane zawczasu. Ja byłam narzeczoną tylko 3 miesiące, a obrączki były gotowe na tydzień przed ślubem, heh.
Amazonka
Domownik
 
Posty: 1650
Dołączył(a): 17 lipca 2006, o 09:50
Lokalizacja: Wrocław

Postprzez zuza26 » 21 października 2007, o 00:22

Odgrzebuję stary temat bo dla mnie obecnie mocno aktualny i super dołujący... Ciągle się kłócimy a do ślubu jeszcze 7 miesięcy. Mam wrażenie, że to mi bardziej zależy (na ślubie i na naszym związku) i źle mi z tym, po prostu głupio się czuję.
Czepiam sie o wszystko mojego narzeczonego, zwłaszcza gdy nie jest tak jak bym chciała. Mam mnóstwo pretensji do niego mniej lub bardziej uzasadnoinych, ale sama jestem nimi zmęczona. Eh po prostu brak mi słów.
Proszę tylko mnie nie odsądzajcie od czci i wiary, bo sama już i tak się wpędzam w coraz większego doła.
Zaczynam myśleć, że może skoro tyle się kłocimy, mamy tak różne zdania i potrzeby to moze dać sobie spokoj ze ślubem?
zuza26
Przygodny gość
 
Posty: 47
Dołączył(a): 21 września 2006, o 19:01

Postprzez Betsabe » 21 października 2007, o 10:12

Zuza, u mnie bylo dokladnie tak samo.
Im blizej bylo slubu, tym wiecej kłótni i sprzeczek.

Teraz z perspektywy czasu (minelo juz prawie 7 lat) mysle, ze to z powodu stresu, ktory nam towarzył, zarowno mi i mojemu wtedy narzeczonemu. Chcielismy, aby wszystko bylo zapiete na ostatni guzik, a nie do konca sie tak wszytsko uda z gory zaplanowac...
Betsabe
Domownik
 
Posty: 1164
Dołączył(a): 3 lutego 2006, o 11:09

Postprzez Bright » 22 października 2007, o 13:19

Zuza, jeśli tematem kłótni są szczegóły dotyczące przygotowań zewnętrznych do ślubu, to można to zwalić na stres. Tu wychodzą często różnice, jeśli narzeczeni są zbliżeni do stereotypu osobowości żeńskiej i męskiej - dla kobiety ważny jest każdy szczegół typu przysłowiowy kolor serwetek na stołach, a mężczyźni myślą ogółami i zagłębianie się do poziomu marki wina jest dla nich po prostu stratą czasu, więc najlepiej się czują, jak to bez ich udziału załatwi narzeczona czy któreś z rodziców.

Jeśli natomiast kłótnie są związane z tym jak się nawzajem traktujecie (narzucanie swojego zdania, złośliwości, nieszczerość, itp.) lub dużymi rozbieżnościami co do waszych wizji życia po ślubie w małżeństwie i tworzeniu rodziny... to zapaliłaby mi się czerwona lampka, odsunęłabym przedślubne zabieganie i spędziła dużo czasu na rozmowie... bo jak wizje przyszłości, ról i zadań w małżeństwie i rodzinie zbyt was dzielą, to szanse na udany związek, gdzie ktoś nie będzie męczennikiem, są nikłe.
Bright
Przyjaciel rodziny
 
Posty: 284
Dołączył(a): 10 września 2007, o 13:21

Postprzez zuza26 » 22 października 2007, o 15:18

Hmm... chyba u nas jest tak że rozmowy o slubie to tylko niewielki procent powodu naszych kłotni. Np. ostatnio raczej to byl jedynie punkt wyjscia do wiekszych klotni...
Na pewno jest kwestia dominacji w zwiazku- mam silna osobowosc i jestem wygadana i szybko kojarze rozne fakty... A moj narzeczony ma tendencje do brania winy na siebie (nawet jesli to nie jest jego wina) i jest bardziej introwertykiem i tez w jakim sensie flegmatykiem. I chyba zadnemu z nas z tym nie jest dobrze bo ja nie chce meza pantoflarza ani wcale nie chcę byc glowa rodziny... Moj narzeczony tez sie o to wscieka, ostatnio ze np. nie daje mu szansy, nie czekam az przejdzie do dzialania tylko sama np. gdy rozmawiamy wspolnie z innymi odpowiadam.. Eh ja czekam i czekalam juz nie raz, ale sa takie sytuacje gdy trzeba szybko reagowac i szybko podejmowac decyzje i wtedy szlag mnie trafia ze on nie potrafi podjac decyzji czy zareagowac... Bo czasem juz tak bylo ze stwierdzilam ze ok, nie robie nic, czekam na jego reakcje i gdy on podjal temat bylo juz za pozno, bo np.sprawa zrobila sie niaktualna...
Mamy problem i to raczej zwiazany z naszymi osobowosciami i charakterami, nie z przygotowaniami slubnymi...
Zastanawiam sie czy i jak mozna zmienic takie roznice w sposobach dzialania, a w zasadzie w osobowsciach...
zuza26
Przygodny gość
 
Posty: 47
Dołączył(a): 21 września 2006, o 19:01

Postprzez zuza26 » 22 października 2007, o 15:21

Dodam jeszcze ze co do wyznawanych wartosci, wizji przyszlosci i rodziny, hierarchi wartosci jestesmy zgodni- to nigdy nie bylo przedmiotem naszych klotni.
zuza26
Przygodny gość
 
Posty: 47
Dołączył(a): 21 września 2006, o 19:01

Postprzez kamienna » 22 października 2007, o 15:23

Przecież wcale nie musicie być małżeństwem. Możecie się rozstać, jeśli to jest bariera nie do przeskoczenia. Zmienić osobowości nie można, narzeczonego na innego z całą pewnością tak.
kamienna
Domownik
 
Posty: 951
Dołączył(a): 26 czerwca 2006, o 18:14

Postprzez zuza26 » 22 października 2007, o 15:40

Hmm... chyba nie takiej rady oczekiwalam. Bo ja wcale nie chce zmieniac narzeczonego na innego,nie tylko dlatego ze jestesmy razem juz prawie 3 lata, ale dlatefo ze go kocham. A do tego ja nie naleze do osob skaczacych z "kwiatka na kwiatek"... (wczesniej tylko raz bylam powaznie zaangazowana uczuciowo i "leczylam sie" potem z tego uczucia prawie 4 lata...).
Raczej pisze o tym wszystkim zeby Was zapytac czy moze same cos podbnego przezylyscie, zaobserwowalyscie w innych zwiazkach i mozecie mi podsunac jakas rade ktora pomoze wlasnie popracowac nad tymi naszymi trudnosciami a nie od nich uciekac...
zuza26
Przygodny gość
 
Posty: 47
Dołączył(a): 21 września 2006, o 19:01

Postprzez Kręciołek » 22 października 2007, o 16:05

Zuza, a może część z tych rzeczy wynika z niezrozumienia różnic między kobietą i mężczyzną? Jesli tak to polecam książki: Płeć mózgu i Mężczyźni są z Marsa, kobiety są z Wenus.
To o czym mówisz ja przeżywałam raczej na początku swojego związku. Pomogły mi własnie te lektury i wiele rozmów z chłopakiem. O tym, ze jestesmy inni, że nie reagujemy tak samo. Rozmowy o tym jak ja coś odbieram i czego oczekuję a jak on. Często okazywało się, ze on np. nie wiedział o czymś a ja się wściekałam. Mężczyźnie tzreba mówić wprost i jasno i dosłownie :D
Pomogło zrozumienie, ze nie można nikgo nagiąć do własnej wizji i że kocham takiego jaki jest.
Rozmawiajcie, dużo rozmawiajcie, bo nawet kłótnia jest lepsza niż przemilczenie problemu czy noszenie w sobie żalu.
Związek jest tez kompromisem i jesli chcecie byc razem to i Ty będziesz musiała się z niektórymi jego cechami pogodzić jak i on trochę zmienić - i na odwrót.
Aha, narzeczonemu polecam świetną książkę dla mężczyzn "Dzikie serce" Johna Eldredge.
Powodzenia! Jeśli się kochacie naprawdę to takie rzeczy są do przezwycieżenia -ale jak najwięcej trzeba powyjaśniać przed ślubem.
Aha! Polecam też świetny kurs przedmałżeński "Wieczory dla zakochanych" gdzie poprzez rozmowę tylko ze sobą powyjaśniacie sobie wszystko.
Szczegóły na stronie: http://www.malzenstwo.pl i http://www.spotkaniamalzenskie.pl

Trzymaj się! :)
Kręciołek
Domownik
 
Posty: 1076
Dołączył(a): 3 sierpnia 2004, o 10:56
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez kamienna » 22 października 2007, o 20:44

Zuza, mój tekst miał być dla Ciebie prowokacją. Miał Ci pokazać, że nie o to chodzi, żeby sobie partnera zmieniać czy zmieniać mu osobowość.

Jedyna rada to - jak napisała Kręciołek - zaakcetować człowieka takim, jaki jest.

Jesli piszesz, że nie chcesz być głową i mieć męża-pantoflarza a za chwilę tak naprawdę oczekujesz rady, jak zmienić charakter narzeczonego - to moim zdaniem, sama nie wiesz, czego chcesz.

Niejasne jest też dla mnie sformułowanie "bo go kocham"... ale kogo kochasz? czy na pewno tego, który "ma tendencje do brania winy na siebie"? czy aby tego, który "jest bardziej introwertykiem i tez w jakim sensie flegmatykiem"? czy na pewno tego, który "nie potrafi podjac decyzji czy zareagowac..."?
kamienna
Domownik
 
Posty: 951
Dołączył(a): 26 czerwca 2006, o 18:14

Postprzez strzyga » 23 października 2007, o 00:18

zuza, jakbym widziała siebie!! Dosłownie!!
My jesteśmy narzeczeństwem i dokładnie o to samo się (czasem) kłócimy. Ale coraz bardziej zaczynam się przywyczajać do tej myśli, że tak już będzie - nie zmienie mojego M. Sama też mam mnóstwo wad itp. i skoro Go kocham, to akceptuje Go takim jakim jest. Czy liczę na to, że się zmieni? Tak, mam nadzieję. Zresztą taką samą mam w stosunku do samej siebie. Jak mi puszczą nerwy, to i nieładnie mówiąc "wydrę" się, ze mnie słyszy kilka najbliższych bloków. M. ma zasadę udawania, że wszytko jest ok i tylko po tym, że widać, że w środku się gotuje można poznać, że coś jest nie tak. Trzeba przywyknąć do siebie. I tyle. Bo mimo tego wszystkiego nie zamieniłabym Go na żadnego innego :)
strzyga
Domownik
 
Posty: 635
Dołączył(a): 28 grudnia 2004, o 20:02
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez zuza26 » 23 października 2007, o 23:49

Tak masz racje Kamienna- ja chyba sama sobie musze na pare pytan odpowiedziec... Taak... np. czy to co mnie tak irytuje obecnie w mojej drugiej polowce jest czyms z czym bede w stanie zyc przez cale zycie i nie robic z tego powodu grymasow...
Co do wieczorow dla zakochanych, ksiazek Eldridga, Pulikowskiego, Trobischa - to nie jest to nam obce choc od paru ostatnich miesiecy jakos zarzucilismy jakas dalsza lekture czy sluchanie konferencji. Zastanawiam sie- rozmawialismy tez o tym w dwojke- czy nie pojechac tym razem na weekendowe wieczory dla zakochanych- mysle ze zupelnie inaczej wygladalyby nasze rozmowy niz rok temu- wtedy jeszcze nie bylismy narzeczenstwem i malzenstwo bylo raczej odlegla perspektywa i przyznam szczerze ze mnie tamte wieczory, choc formule jak najbardziej popieram, troche poranily. Mam poczucie ze warto wrocic jeszcze do tych tematow z obecnej perspektywy, juz nieabstrakcyjnie, a konkretnie w odniesieniu do naszego nie tak znowuz odleglego malzenstwa.

Wiesz Strzyga ja tez nie wyobrazam sobie ze moglabym nie byc z moim narzeczonym i chyba ta moja wscieklosc to bardziej jest na siebie ze skoro tak mi na nim zalezy to dlaczego tak sie irytuje roznymi jego zachowaniami??!??
zuza26
Przygodny gość
 
Posty: 47
Dołączył(a): 21 września 2006, o 19:01

Postprzez kamienna » 24 października 2007, o 07:56

Brawo zuza:)
To teraz Ci powiem na pocieszenie, że każdy tak ma z akceptacją - raz lepiej, raz gorzej. Góry i doliny.
Najważniejsze, zeby pamiętać, że czlwoieka nie można zmienić. Można zmienić jedynie swoje podejście.
kamienna
Domownik
 
Posty: 951
Dołączył(a): 26 czerwca 2006, o 18:14

zdroworozsądkowo

Postprzez Bright » 24 października 2007, o 09:04

zuza26 napisał(a):Na pewno jest kwestia dominacji w zwiazku- mam silna osobowosc i jestem wygadana i szybko kojarze rozne fakty... A moj narzeczony ma tendencje do brania winy na siebie (nawet jesli to nie jest jego wina) i jest bardziej introwertykiem i tez w jakim sensie flegmatykiem. I chyba zadnemu z nas z tym nie jest dobrze bo ja nie chce meza pantoflarza ani wcale nie chcę byc glowa rodziny...


Przeczytaj to, co napisałaś raz jeszcze. Zastanów się, czy po prostu dacie radę następne kilkadziesiąt lat razem i szczęśliwie przeżyć.
Osobowość jest czymś wrodzonym, to nie jest coś jak cecha charakteru czy wada, nad którą można popracować. Jak już teraz nie jest wam dobrze i Twoje podstawowe oczekiwania co do ról i aktywności w związku leżą i kwiczą, to naprawdę bym raz jeszcze kwestię małżeństwa przemyślała.


zuza26 napisał(a):Moj narzeczony tez sie o to wscieka, ostatnio ze np. nie daje mu szansy, nie czekam az przejdzie do dzialania tylko sama np. gdy rozmawiamy wspolnie z innymi odpowiadam.. Eh ja czekam i czekalam juz nie raz, ale sa takie sytuacje gdy trzeba szybko reagowac i szybko podejmowac decyzje i wtedy szlag mnie trafia ze on nie potrafi podjac decyzji czy zareagowac... Bo czasem juz tak bylo ze stwierdzilam ze ok, nie robie nic, czekam na jego reakcje i gdy on podjal temat bylo juz za pozno, bo np.sprawa zrobila sie niaktualna...]


Jest taka książka "Rób to, do czego jesteś stworzony" - zasadniczo o określeniu swojej osobowości (krok po kroku) i dopasowaniu do niej odopowiedniej pracy. Może spróbuj ją zdobyć - wtedy lepiej zrozumiesz, dlaczego Twój narzeczony tak właśnie podchodzi do życia, decyzji itd. Osobowość partnera trzeba zaakceptować, a np. z bałaganiarstwem walczyć.

Jest zawsze taka opcja - ustalić własne reguły i nie przejmować się, że w tym związku to ty będziesz dowodzić, a mąż będzie cię wspierać. Jak to się zaakceptuje to życie robi się dużo prostsze.
Uważam, że wpakowywanie się na siłę, nie uwzględniwszy siebie w role stereotypowe, przynosi obojgu partnerów dużo więcej szkód niż pożytku.

zuza26 napisał(a):Mamy problem i to raczej zwiazany z naszymi osobowosciami i charakterami, nie z przygotowaniami slubnymi...
Zastanawiam sie czy i jak mozna zmienic takie roznice w sposobach dzialania, a w zasadzie w osobowsciach...


Już Ci powyżej odpowiedziałam. Pamiętaj, że małżeństwo to zobowiązanie długookresowe i dobrze by było, żeby było szczęśliwe.
Bright
Przyjaciel rodziny
 
Posty: 284
Dołączył(a): 10 września 2007, o 13:21

Postprzez genowefa » 24 października 2007, o 09:08

Bright napisał(a):
Jeśli natomiast kłótnie są związane z tym jak się nawzajem traktujecie (narzucanie swojego zdania, złośliwości, nieszczerość, itp.) lub dużymi rozbieżnościami co do waszych wizji życia po ślubie w małżeństwie i tworzeniu rodziny... to zapaliłaby mi się czerwona lampka, odsunęłabym przedślubne zabieganie i spędziła dużo czasu na rozmowie... bo jak wizje przyszłości, ról i zadań w małżeństwie i rodzinie zbyt was dzielą, to szanse na udany związek, gdzie ktoś nie będzie męczennikiem, są nikłe.


Dziewne dla mnie byłoby to, że wcześniej tego typu rzeczy nie wyszły. Przecierz właśnie po to jest okres narzeczeństwa, po to sa nauki przedślubne, żeby sprowokowac rozmowy na temat wizji rodziny, małżeństwa wszelkich oczekiwań wobec siebie.
Mnie się wydaje to dziwne i już.
Pamiętam czas przed ślubem jako najgorszy w naszym całym związku. I wszystkie kłótnie były związane stresem WSZYSTKIE! Kłótni na temat wizji rodziny nie było ( no chyba, że "ja twoich koszul prasowac nie będę", " a ja zmywać nie lubię" no i się zaczynało) ale takie kłótnie nie sa powodem do przekładania ślubu!
Wtedy poprostu pojawiał się strach przed umieraniem w małżeństwie i oddawaniem swojego życia tej drugiej osobie. Ale to normalne...
genowefa
Domownik
 
Posty: 742
Dołączył(a): 1 października 2007, o 13:52

Postprzez Bright » 24 października 2007, o 09:21

zuza26 napisał(a):Hmm... chyba nie takiej rady oczekiwalam. Bo ja wcale nie chce zmieniac narzeczonego na innego,nie tylko dlatego ze jestesmy razem juz prawie 3 lata, ale dlatefo ze go kocham. A do tego ja nie naleze do osob skaczacych z "kwiatka na kwiatek"... (wczesniej tylko raz bylam powaznie zaangazowana uczuciowo i "leczylam sie" potem z tego uczucia prawie 4 lata...).


To bardzo dobrze, że nie uprawiasz emocjonalnej rozwiązłości skacząc z kwiatka na kwiatek.
JEDNAK... same zaangażowanie uczuciowe to za mało na zbudowanie trwałego, szczęśliwego i normalnego małżeństwa, a potem rodziny.
Powinnaś mieć świadomość, że jest taki mechanizm psychologiczny: im więcej czasu i energii czemuś czy komuś poświęciliśmy, tym trudniej z tego zrezygnować (np. zerwać związek, odejść z nierozwojowej pracy, zmienić kierunek studiów, itp.), nawet gdy to coś nam szkodzi (finansowo, psychicznie, podcina nam skrzydła, zamyka szanse na szczęśliwą przyszłość), bo SZKODA NAM TEGO, CO W TO ZAINWESTOWALIŚMY... czasu, uczuć, pieniędzy...

zuza26 napisał(a):Raczej pisze o tym wszystkim zeby Was zapytac czy moze same cos podbnego przezylyscie, zaobserwowalyscie w innych zwiazkach i mozecie mi podsunac jakas rade ktora pomoze wlasnie popracowac nad tymi naszymi trudnosciami a nie od nich uciekac...


Mam znajomą, którą wyszła za mąż mając lat 27. Jak miała 22 to była w kilkuletnim związku i szykowała się do małżeństwa. Idealistycznie myślała, że sakrament "uzdrowi" wiele rzeczy w nich, że da siłę, żeby się kochać i czuć razem dobrze, a nie tylko znosić. Trudno jej było przyjmować rady przyjaciół, którzy widzieli jak bardzo różni się z partnerem i jak bardzo oboje nie pasują nawzajem do swoich oczekiwań w sposobie fukcjonowania w związku (podejmowanie decyzji, role, ...). Część utwierdzała ją w przekonaniu, że po ślubie będzie dobrze, a część mówiła, że to trzeba skończyć. Kilka okoliczności pomogło jej podjąć tę karkołomną decyzję i narazić się na niezrozumienie i ze strony narzeczonego i swojej rodziny (przygotowania do ślubu jeszcze nie były w toku, ale wszyscy już ich widzieli na ślubnym kobiercu). Po 3 latach spotkała swego obecnego męża, są razem od 2,5 roku i ona uważa, że zerwawszy tamten związek uchroniła siebie przez dużym nieszczęściem.
Bright
Przyjaciel rodziny
 
Posty: 284
Dołączył(a): 10 września 2007, o 13:21

Postprzez genowefa » 24 października 2007, o 09:46

"JEDNAK... same zaangażowanie uczuciowe to za mało na zbudowanie trwałego, szczęśliwego i normalnego małżeństwa, a potem rodziny.
Powinnaś mieć świadomość, że jest taki mechanizm psychologiczny: [b]im więcej czasu i energii czemuś czy komuś poświęciliśmy, tym trudniej z tego zrezygnować (np. zerwać związek, odejść z nierozwojowej pracy, zmienić kierunek studiów, itp.), nawet gdy to coś nam szkodzi (finansowo, psychicznie, podcina nam skrzydła, zamyka szanse na szczęśliwą przyszłość), bo SZKODA NAM TEGO, CO W TO ZAINWESTOWALIŚMY... czasu, uczuć, pieniędzy..."

dziwny ten mechanizm... samo zaangażowanie-przyzwyczajenie nie byłoby dla mnie podstawą, żeby wogóle myśleć o ślubie... co innego chodzić i nie miec siły zerwać , a co innego decydować się na następny krok!
myślę, że zuza wcale nie ze wzlędu na zaangażowanie chce wyjść za swojego narzeczonego :roll:
genowefa
Domownik
 
Posty: 742
Dołączył(a): 1 października 2007, o 13:52

Postprzez Bright » 24 października 2007, o 10:53

Helsa, ale jak się z kimś spędziło 3 czy 4 lata, to niełatwo jest powiedzieć KONIEC.

Tu działa ten mechanizm - zainwestowaliśmy 4 lata i co mam stwierdzić, że nic z tego? Mam przed sobą przyznać, że podjęłam złą decyzję, że zmarnowałam tyle swego życia?

Ponadto nie wszystkie decyzje o małżeństwie są podejmowane w sposób do końca przemyślany... pod presją oczekiwań lub kultury rodziny, pod presją typu "masz 28 lat, bierz tego, bo inny już się nie trafi", pod presją czasu - "chodzimy ze sobą 3 lata, to najwyższy czas na kolejny krok"...

I nie oszukujmy się, większość kursów przedmałżeńskich to żadne przygotowanie, tylko zestaw nudnych wykładów do odbębnienia.

Jeszcze dochodzi do tego mylne wyobrażenie o miłości i małżeństwie... byłam u Dominikanów na kursie i jakieś 70% ludzi takowe miało, a ksiądz próbował pokazać, że rzeczywistość jednak jest inna od ich wyobrażeń typu "sakrament małżeństwa gwarantuje jego trwałość" - ksiądz odpowiedział, że w Polsce w ciągu 5 lat od ślubu rozpada się 17% zawartych w KK małżeństw.

Dobrze o miłości i mitach o miłości pisze Scott Peck w książce "Droga rzadziej wędrowana."

Miłość bliźniego jest warunkowana miłością własną, tak Jezus nauczał. Więc po pierwsze, to trzeba się zastanowić, czy wejście w związek, w którym nasze osobowości "nie grają" będzie dobry dla mnie. Czy to ma szansę na bycie szczęśliwym przez resztę życia dla mnie i dla tej drugiej osoby?

Sama miłość to za mało dla dobrego i trwałego małżeństwa. Z miłości można również związek zerwać po to, by ta druga osoba mogła znaleźć inną, dla której jej osobowość nie będzie dużym problemem. I samemu dać sobie taką sama szansę.
Bright
Przyjaciel rodziny
 
Posty: 284
Dołączył(a): 10 września 2007, o 13:21

Postprzez genowefa » 24 października 2007, o 11:40

Bright napisał(a):Miłość bliźniego jest warunkowana miłością własną, tak Jezus nauczał. Więc po pierwsze, to trzeba się zastanowić, czy wejście w związek, w którym nasze osobowości "nie grają" będzie dobry dla mnie. Czy to ma szansę na bycie szczęśliwym przez resztę życia dla mnie i dla tej drugiej osoby?


oczywiście są różne sytuacje, rozstania, ucieczki sprzed ołtarza itd. ale nie zapominajmy, że najważniejsze jest w tym wszystkim, żeby widziec wolę PB. być może właśnie ten flegmatyk zuza :) jest dla ciebie przewidziany od wieków? tego nie wiem. módl się o światło na tą sytuację. innego wyjścia lepszego nie widzę. otwieraj pismo, może dostaniesz słowo i będziesz wiedzieć jak dalej robić (nam kilka razy to pomogło rozwiązać poważne problemy)
też nie można uciekać od tego mężczyzny który jest ułomny ( :) )- jak każdy z nas, tylko dlatego że wyobrażamy sobie, że czeka na nas książę z bajki. niektórzy w ten sposób uciekają od małżeństwa wogóle, uciekają od krzyża! bo czekają na coś czego poprostu nie ma! każdy jest inny i ma jakis bagaż życiowy, w innej rodzinie się wychował, inne wartości były dla niego priorytetem... trzeba się poprostu rozgryźć.
zuza mówisz, że ty masz dominującą osobowość a on jest "pantoflarzem", w tym cała sztuka, żeby umieć jako kobieta trochę uczyć się stawać w cieniu mężczyzny, byc mu posłuszną. to bardzo trudne wiem po sobie, ale bardzo ważne w małżeństwie i potem w roli rodziców. próbuj go dopingować w podejmowaniu decycji, może on nie umie tego robić- może całe zycie ktos robił to za niego.
mnie całe zycie ktoś krytykował, zazwyczj rodzeństwo się wyśmiewało( na żarty, że jestem gruba głupia i wyglądam jak świnia - takie dziecięce przekomarzanie, ojciec był zawsze wymagający i mało kiedy doceniał- i dopiero W. pierwszy zaczął obsypywać mnie komplementami i widzieć każdy mój sukces nawet ten malutki- dla mnie to było .... nowe! w małżeństwie dopiero stałam się pewna siebie i zaczełam akceptować siebie -może musisz mu pomóc?

Sama miłość to za mało dla dobrego i trwałego małżeństwa- ja uważam troche inaczej. Miłość - prawdziwa miłość jest w stanie wszystko! Wybaczać, przymykac oczy na pewne rzeczy, akceptować...
Tylko pytanie czy kochamy prawdziwie, czy nam się wydaje, że kochamy... albo kochamy warunkowo...

ostatnio gdzies słyszałam tekst, że lepsze jest małżeństwo bez miłości- jeśli się "potrafi z ta osoba dogadać i się do siebie pasuje", niż małżeństwo z miłości, gdzie są ciągłe kłótnie... dla mnie to jakaś paranoja
genowefa
Domownik
 
Posty: 742
Dołączył(a): 1 października 2007, o 13:52

Postprzez Bright » 24 października 2007, o 12:07

Bezwarunkowo to tylko Bóg kochać potrafi... albo święci.

Mam wrażenie, że wielu ludzi się oszukuje. Kochamy w 99,9% za coś, taka jest po prostu ludzka miłość. Naprawdę, jak nic z relacji z kimś nie zyskujemy, to nie wchodzimy w tę relację bardziej niż "na cześć".

Nawet miłość do niemowlaka jest interesowna, bo możemy się sprawdzić w roli rodziców, nie będziemy na starość samotni, zapokajamy swoja potrzebę bycia dla kogoś niezbędnym, ...

Kocham męża, bo:
- czuję się przy nim XYZ
- zapewnia mi XYZ np. poczucie bezpieczeństwa
- pomaga mi w XYZ
- dzięki niemu nie muszę XYZ
- ....

Jednak to nie znaczy, że nie potrafię mu czynić dobrze z miłości nawet, jak ma akurat zły dzień i od miesiąca na mnie narzeka. Tylko, że mogę to robić dzięki temu do dostałam od niego wcześniej i na co liczę w przyszłości.
Bright
Przyjaciel rodziny
 
Posty: 284
Dołączył(a): 10 września 2007, o 13:21

Postprzez Bright » 24 października 2007, o 12:21

helsa napisał(a):módl się o światło na tą sytuację. innego wyjścia lepszego nie widzę. otwieraj pismo, może dostaniesz słowo i będziesz wiedzieć jak dalej robić (nam kilka razy to pomogło rozwiązać poważne problemy)


To jest metoda wyjątkowa, inaczej robi się z tego "wróżenie z Pisma Świętego".

Jak dla mnie PIERWSZE to jest zastanowienie się samej w spokoju czego od przyszłości z tym człowiekiem oczekuję, co mi teraz nie pasuje i czy dam radę jak to się nie zmieni (już przed ślubem) żyć z nim nie jako męczennica przez lat kilkadziesiąt. Po drugie, to trzeba to omówić z narzeczonym, szczerze, długo, nawet przez kilkanaście rozmów... i modlić się o właściwy efekt tych rozmów, o wolność do każdej decyzji, i małżeństwa, i pójścia osobnymi drogami.

helsa napisał(a): też nie można uciekać od tego mężczyzny który jest ułomny ( :) )- jak każdy z nas, tylko dlatego że wyobrażamy sobie, że czeka na nas książę z bajki. niektórzy w ten sposób uciekają od małżeństwa wogóle, uciekają od krzyża! bo czekają na coś czego poprostu nie ma! każdy jest inny i ma jakis bagaż życiowy, w innej rodzinie się wychował, inne wartości były dla niego priorytetem... trzeba się poprostu rozgryźć.


Krzyży Bóg nie każe szukać ani celowo się w nie pakować, ale przyjąć, jak się trafi. Historie życia czy ułomności fizyczne to jest mniejszy kaliber niż OSOBOWOŚĆ, z którą się rodzisz! Zranienia są do uzdrowienia, wady do zmiany, ale osobowość jest jaka jest.

Co do rozgryzania... to trzeba to zrobić przed ślubem!

Jak moim ideałem jest mąż, który jest czyściochem, umie gotować, prasować i grać na gitarze, a spotkam bałaganiarza, który nic z tych rzeczy nie potrafi, to rzeczywiście nie jest to powód do skreślenia do od razu. Dlaczego? Bo te rzeczy są wtórne, do nauczenia, zmiana jest możliwa. Ale jak ktoś jest introwertykiem i nie lubi konkretów tylko myślenie koncepcyjne, to tego nie zmienisz i będziesz musiała z tym żyć.


helsa napisał(a): w tym cała sztuka, żeby umieć jako kobieta trochę uczyć się stawać w cieniu mężczyzny, byc mu posłuszną. to bardzo trudne wiem po sobie, ale bardzo ważne w małżeństwie i potem w roli rodziców. próbuj go dopingować w podejmowaniu decycji, może on nie umie tego robić- może całe zycie ktos robił to za niego. .


Z tym się nie zgodzę. Bóg nie wymaga od nas gwałtów na własnej osobowości. Pantoflarz i dominująca kobieta mogą stoworzyć udane małżeństwo, jak oboje zaakceptują to kim są i ustalą swój podział ról (niekoneicznie zgodny ze streotypem) w małżeństwie zgodnie z tym. Inaczej ciągle będą OBOJE sfrustrowani,a to małżeństwu i dzieciom nie służy.
Bright
Przyjaciel rodziny
 
Posty: 284
Dołączył(a): 10 września 2007, o 13:21

Postprzez Kręciołek » 24 października 2007, o 14:36

Jednak mężczyzna powinien podejmować decyzje, bo to jest branie odpowiedzialności. Owszem, charakteru, osobowości się nie zmieni i nie będzie z domatora gwiazda imprez, ale nie o to chodzi. Natomiast decyzje to inna sprawa i faktycznie tutaj trzeba mężczyznę dopingować do tego.
Inaczej on się będzie zawsze potulnie zgadzał i nie bedzie miał swojego zdania a kobietę zacznie to frustrować i męczyć, bo wszystko będzie na jej głowie. No i w razie jakiegoś niepowodzenia to będzie na nią - no bo przecież tak chciała...
Kręciołek
Domownik
 
Posty: 1076
Dołączył(a): 3 sierpnia 2004, o 10:56
Lokalizacja: Warszawa

Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Narzeczeństwo

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron